Mój stary to fanatyk grzybiarstwa. Pół mieszkania zajebane koszykami, wiklinowymi, plastikowymi, z pokrywką i bez, najgorzej. Do tego wszędzie walają się nożyki grzybiarskie z pędzelkiem na końcu. Średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w otwarty nożyk leżący na dywanie i trzeba jechać na szycie, bo stary ostrzy je na osełce codziennie wieczorem, „żeby nóżki nie szarpać, bo grzybnia cierpi”. W swoim dwudziestodwuletnim życiu już z 10 razy miałem szytą stopę. Tydzień temu poszedłem na jakieś losowe badania, to baba z recepcji jak mnie tylko zobaczyła, to kazała buta ściągać xD, bo myślała, że znowu nożyk w pięcie.
Druga połowa mieszkania zajebana czasopismami „Grzyboteka”, „Grzyby i Zdrowie”, xD i atlasami grzybów, z których każdy ma inne zdjęcie tego samego podgrzybka. Co tydzień ojciec robi objazd po wszystkich kioskach w mieście, żeby skompletować wszystkie grzybiarskie pisemka. Byłem na tyle głupi, że nauczyłem go into internety, bo myślałem, że trochę pieniędzy zaoszczędzimy na tych gazetkach, ale teraz nie dosyć, że je kupuje, to jeszcze siedzi na forum grzyby. pl i kręci gównoburze z innymi grzybiarzami o to, czy kania to czubajka, czy krowiak jest jadalny i czy prawdziwka się kroi, czy wykręca. Potrafi drzeć mordę do monitora albo wypierdolić klawiaturę za okno. Kiedyś ojciec mnie wkurwił, to założyłem tam konto i go trollowałem, pisząc w jego tematach jakieś losowe głupoty, typu „podgrzybki to grzyby dla biedakuf a kurki som z chin”. Matka nie nadążała z gotowaniem bigosu na uspokojenie (z grzybami oczywiście).
Aha, na grzyby. pl ma już 3874 doniesienia z grzybobrań i 212 pucharków przy loginie. Stary wykuł na pamięć zasady premiowania: za każde doniesienie złożone po zalogowaniu, z miejscowością do pokazania na mapie, ekstra 2 dni dostępu do pełnej wersji portalu, a jak doniesienie dostanie pucharek, to jeszcze +5 dni. Więc zgłasza wszystko. Wyjście z psem na osiedlowy trawnik („1 purchawka, stara, zdeptana”), zakupy w Lidlu („pieczarki, 2 tacki, uprawowe, ale się liczy”), grzyba na ścianie w łazience u babci („okolice Radomia, wysyp”). Ma w Excelu wyliczone, że pełną wersję ma opłaconą do jesieni 2050 roku, i co wieczór przy kolacji ogłasza nowy stan konta, jakby to była emerytura. Jak ktoś mu mówi, że tyle nie pożyje, to odpowiada, że grzybiarze żyją długo, bo jedzą grzyby. Raz się zapomniał i wysłał doniesienie po wylogowaniu, a ono potem dostało pucharek. Te 5 dni nie zaliczyło mu się do konta, bo system nie wiedział, czyje to. Stary przez tydzień nie spał i pisał do admina maile na trzy strony, a na koniec stwierdził, że to na pewno leśnicy włamali mu się na konto i go wylogowali. Pucharków moderatora ma tylko dwa i jest przekonany, że moderator też jest „od nadleśnictwa”. Te od grzybiarzy zbiera za lajki, które sam sobie daje z trollkont, ale o tym później.
Jak jest sezon, to co weekend zapierdala do lasu. Od jakichś pięciu lat w każdą niedzielę jem zupę grzybową na obiad, a na drugie pierogi z grzybami, a ojciec pierdoli o zaletach jedzenia tego leśnego gówna. Jak się dostałem na studia, to stary przez tydzień pierdolił, że to dzięki temu, że jem dużo grzybów, bo mają jakieś minerały z głębi ziemi i mózg mi lepiej pracuje.
Co sobotę budzi ze swoim znajomym Mirkiem całą rodzinę o czwartej w nocy, bo hałasują, pakując koszyki, robiąc kanapki i kłócąc się szeptem, czy jechać „na miejscówkę pod ambonę”, czy „na tę za trzecią przecinką”, bo trzeba być w lesie przed ludźmi z miasta, co „wszystko wydepczą i małe podgrzybki wyrwą”.
Przy jedzeniu zawsze pierdoli o grzybach i za każdym razem temat schodzi w końcu na nadleśnictwo i leśników, ojciec sam się nakręca i dostaje strasznego bólu dupy durr, lasy wycinajo, szlabany stawiajo, zakazy wstępu dajo, tylko drzewo sprzedajo hurr, robi się przy tym cały czerwony jak muchomor i odchodzi od stołu, klnąc, i idzie czytać Wielki Atlas Grzybów Leśnych, żeby się uspokoić.
W tym roku sam sobie kupił na święta elektryczną suszarkę do grzybów na dwanaście sit. Oczywiście do wigilii nie wytrzymał, tylko już wczoraj ją rozpakował i rozstawił na środku dużego pokoju. Ubrał się w ten swój cały strój grzybiarski, kamizelkę z kieszeniami, kalosze i kapelusz z moskitierą, i siedział cały dzień w kucki przed tą suszarką, patrząc, jak się suszą podgrzybki. Obiad (pierogi z grzybami) też zjadł w kucki [cool] [cześć].
Gdyby mnie dopuścili do wszystkich lasów w Polsce, tobym wziął i wszystko zdeptał.
Jak któregoś razu, jeszcze w gimbazie, miałem urodziny, to stary jako prezent wziął mnie ze sobą na grzyby w drodze wyjątku. Super prezent kurwo.
Pojechaliśmy gdzieś w pizdu za miasto, stary trzy razy objechał las dookoła, „żeby nikt nie wiedział, z której strony wjechaliśmy”, i zaparkował w krzakach, zasłaniając auto gałęziami, „bo leśnicy spiszą blachy i mandat wlepią”. Wchodzimy do lasu, a ojcu już się oczy świecą i oblizuje wargi, podniecony. Wszedł w młodnik i każe mi chodzić zygzakiem z nosem przy ściółce. Po pięciu minutach mi się znudziło, więc włączyłem discmana, to mnie ojciec pierdolnął kosturem po głowie, że grzyby czują drgania z moich słuchawek i chowają się pod mech. Jak się chciałem podrapać po dupie, to zaraz krzyczał szeptem, żebym się nie wiercił, bo szeleszczę i leśniczy z ambony zobaczy. Sześć godzin musiałem łazić w kucki pod świerkami i gapić się w igliwie jak w jakimś jebanym Guantanamo. Urodziny mam w listopadzie, więc jeszcze do tego było zimno jak sam skurwysyn, a jedyne, co znaleźliśmy, to trzy zamarznięte opieńki. W pewnym momencie ojciec odszedł kilkanaście metrów w głąb lasu i się spierdział. Wytłumaczył mi, że trzeba odchodzić daleko od miejscówki, bo inaczej grzybnia czuje i się zwija na trzy lata.
Wspomniałem, że ojciec ma kolegę Mirka, z którym jeździ na grzyby. Kiedyś towarzyszem wypraw grzybowych był hehe Zbyszek. Człowiek o kształcie purchawki z wąsem i 365 dni w roku w kamizelce BOMBER. Byli z moim ojcem prawie jak bracia, przychodził z żoną Bożeną na Wigilie do nas, Bożena zawsze przynosiła marynowane rydze itd. Raz ojciec miał imieniny, Zbysio przyszedł na hehe kielicha. Najebali się nalewką na kurkach i oczywiście cały czas gadali o grzybach. Ja siedziałem u siebie w pokoju. W pewnym momencie zaczęli drzeć na siebie mordę, czy generalnie lepsze są prawdziwki, czy kanie.
WEŹ MNIE NIE WKURWIAJ ZBYCHU, WIDZIAŁEŚ TY KIEDYŚ, JAKI PRAWDZIWEK MA TRZON? JAK NOGA OD STOŁU! JAK SIĘ SUSZY, TO CAŁY BLOK PACHNIE!
KURWA TADEK KANIA MA KAPELUSZ JAK PARASOL, W PANIERCE JAK SCHABOWY, TWÓJ PRAWDZIWEK TO JEJ MOŻE NASKOCZYĆ.
CO TY MI O KANIACH PIERDOLISZ, JAK LEDWO MAŚLAKA POTRAFISZ ZNALEŹĆ. BOROWIK TO JEST KRÓL LASU JAK LEW JEST KRÓL DŻUNGLI.
No i aż się zaczęli nakurwiać, zapasy na dywanie w dużym pokoju między koszykami, a ja z matką musieliśmy ich rozdzielać. Zbysio przy okazji rozwalił słoik z marynowanymi podgrzybkami, czego stary nie wybaczył mu do dziś. Od tego czasu zupełnie zerwali kontakt. W zeszłym roku zadzwoniła żona Zbysia, że Zbysio spadł z rowerka, i zaprasza na pogrzeb. Odebrała akurat matka, złożyła kondolencje, odkłada słuchawkę i mówi o tym ojcu, a ojciec
I BARDZO KURWA DOBRZE.